Stojąc przy wejściu, pod zawieszonym po osiemdziesięciu latach herbem hrabiów z Ruppersdorf, witam gości, a zwłaszcza ludzi z zacnym sercem dla zabytków i historii. Uczuciem wdzięczności darzę zwłaszcza panie z urzędu konserwatorskiego we Wrocławiu, Panią Joannę Kucharską, z którą rozpoczynałam remont oraz obecną Panią konserwator, Małgorzatę Kolbuszewską. Dzięki życzliwości i nieustannemu wsparciu, którego wciąż doświadczam od Pani M. Kolbuszewskiej znajduję siłę, by mimo wielu trudności wciąż ratować pałac. Pomoc otrzymuję również ze strony architekta, Pana Tomasza Pękały. W przeszłości również od Pana architekta Adama Konsencjusza. Dziękuję także Pani Dorocie Grygiel z KOWR-u, która wsparła wysiłki dotyczące scalenia całego kompleksu pałacowo-parkowego w jego historycznym zarysie. Dziękuję także Panu Lechowi Olearnikowi, właścicielowi zabytkowego młyna w Wyszonowicach, który jest dobrym duchem tego zabytku, a który wpada do pałacu jak wiatr. Dziękuję.
Poniższy tekst stanowi kompilację wspomnień właścicielki pałacu, które mają przybliżyć czytelnikom stan, w jakim znajdował się pałac w Wyszonowicach w 2002 roku, czyli w momencie, gdy przechodził on w prywatne ręce. Chcemy ‘oprowadzić’ Czytelnika po nim barwnie słowem. Stąd też decyzja, by podzielić się bardziej prywatnym, intymnym opisem stanu obiektu w formie wspomnień właściciela. Pierwszą część publikowanych wspomnień zatytułowaliśmy ‘Zastane’. ‘Zastane’, ponieważ tekst ten zwyczajnie opisuje to, co nowa właścicielka obiektu ‘zastała’ kupując pałac w Wyszonowicach w 2002 roku, ale i jego ogólne ‘zastanie’, panujący w nim stan bezruchu, zatęchłości, stan trwania w przyciśniętej przez los pauzie.
Nie wiem czy znacie Państwo to uczucie kiedy wchodzi się do budynku, w którym zamarło życie, w którym gruzy, rozbite szkło, obsypujące się tynki, rozdarte ściany próbują opowiedzieć historię, która i tak pozostanie nieznana. Jest to uczucie zagubienia wśród myśli osób, których dawno już nie ma i złych intencji ludzi, którzy nadal mogą być gdzieś w pobliżu. Nie wiem czy znane jest Państwu to uczucie, kiedy człowiekowi udziela się przerażenie rzeczy martwych, czy też stan bycia w takiej przestrzeni, w której beznadziejność razem z kurzem osiada na butach, wchodzi do gardła i oczu. Właśnie coś takiego poczułyśmy, kiedy pierwszy raz przez otwór w murze po wyszarpanych drzwiach wejściowych weszłyśmy z córką do pałacu.
Wejście
Pałac stał na przestrzał otwarty. Po drzwiach wejściowych zostało jedno, odrapane z wszelkiej świetności dębowe skrzydło, które i tak straciło swoją funkcję, kiedy ktoś wyrwał je i wrzucił na worki po cemencie w jednym z pomieszczeń. Duże, ciężkie, niechcący osiadłe na gruzie, nie broniły już nikomu wejścia do pałacu. Leżały z dziurą po zamku i klamce, ale za to doposażone w gruby, ciężko zwisający łańcuch wyrwany z koryta stojącego w którejś z obór PGR-u. W całym budynku zachowało się jedynie troje oryginalnych, niekompletnych drzwi. Dwoje z nich użyto jako przepierzenia w gołębniku na strychu, inne ocalały ponieważ wcześniej zabudowano je cegłą.
Na pałacowy taras wejściowy prowadziła rozkopana skarpa gruzu, śmieci i piachu. To na niej spoczywały niegdyś schody, które po wojnie zostały zdemontowane i skradzione. Nie było więc już schodów, pozostała samotna skarpa. Na niej i wokół niej - swoisty przegląd historii projektowania i produkcji opakowań - od trwałych butelek z zielonego szkła z czasów PRL-u, po te nowsze, plastikowe i aluminiowe po kolorowych napojach. Amatorzy przygód i zwyczajni wandale, chcąc dostać się do pałacu zmuszeni byli więc walczyć z przeszkodami, bo wysypisko śmieci na tarasie bezlitośnie tamowało ten szczególny „ruch turystyczny”. Omijali zwały cegieł rozbiórkowych, przeskakiwali przez zardzewiałe wiadra bez rączek - spadek po tutejszym PGR-ze - wymijali stare, zardzewiałe kable sieci elektrycznej, gwoździe i różne detale z żeliwa. Był to więc trochę bieg z przeszkodami...
Schody do pałacu widziałam kiedyś na zdjęciach. Przemknął mi przed oczami obraz szerokich, kamiennych schodów z gazonami kwiatów po bokach i rozległym tarasem, również pełnym kwiatów. Widziałam także starą fotografię mieszkańców Wyszonowic z 1936 r., stojących właśnie tam, na schodach. Odświętnie ubrani ludzie - dorośli oraz dzieci - chłopcy w przykusawych garniturkach, dziewczynki z zaplecionymi warkoczykami stali w powadze chwili, która właśnie mijała przed obiektywem starego aparatu. Pomyślałam, że do zdjęć wybierało się kiedyś miejsca godne fotografowanych osób a więc uwiecznieni na zdjęciu ludzie wybrali na swą prezentację schody prowadzące do pałacu. Teraz stałam w miejscu, które trwało kilkaset lat, stanowiąc niegdyś symbol i obietnicę czegoś wytwornego, większego, sublimującego odwiedzających kulturalnie i społecznie, a które w ciągu 50 lat stało się zwykłym śmietniskiem.
Pałac Wyszonowice, 1936 r.
zbiory prywatne
Sale
Podobnie było we wnętrzu pałacu. Od piwnic do strychu - budynek wypełniały tony gruzu, ziemi, śmieci i przypadkowych przedmiotów - od gumowca pamiętającego jeszcze czasy PGR-u, poprzez bogaty asortyment rękawic, przyborów szkolnych, po dziecięce zeszyty i inne pojedyncze ‘skarby’. I tak, z kurzu okrywającego któryś z parapetów połyskiwał medalik z Matką Boską pozostawiony w tamtym miejscu - może na szczęście dla kogoś, kto go odnajdzie, a może jako życzenie pomyślności dla tego, ginącego miejsca. Ściany w salach były brudne, odrapane, obtłuczone i zawilgocone. Na niektórych ciągle wisiały ceratowe pastele PRL-u. Sprawiały wrażenie opuszczonych pacjentów, których wyblakłe, zagłodzone sylwetki wyrastają przed wchodzącymi do opustoszałego budynku śmiałkami. Przez długie lata „turyści” bazgrali i ryli na ścianach pałacu różne sceny, symbole, słowa i zdania. W zależności od nastroju, w tym samotnym, milczącym miejscu, przelewali na tynki swoje życiowe namiętności, tęsknoty, pragnienia. Często odwiedzający pałac pisali na ścianach groźby rzucane światu i takie dla konkretnych osób. „My wrócimy!” - odgrażał się ktoś. Obsypujące się tynki pałacowych ścian musiały być powiernikami wielu tajemnic i myśli spisywanych w młodzieńczym, czy szaleńczym natchnieniu chwili. Zapewne wiele z nich przepadło a ludzie, którzy powierzali je głodnym ciepła ścianom zdążyli wydorośleć, zapomnieć o swoich sekretach, niektórzy odejść, a tynk opadł jak ciężka kurtyna po ostatnim spektaklu.
O parkietach w pałacu trudno było przez dłuższy czas cokolwiek powiedzieć. Wszystkie pomieszczenia zalegał wszechobecny gruz i śmieci. Gruba warstwa szczelnie otulała każdą deskę i klepkę parkietową. Jak wygląda parkiet w pałacu? - pytałam siebie próbując dokopywać się do podłóg odgruzowując na początku jedynie małe partie w kolejnych pomieszczeniach. Wkrótce jednak doszłam do przekonania, że tego typu ‘odkrywki’ nie mają sensu, ponieważ nie dawały one pewności co do tego, że oprócz odkrytego fragmentu istniała w danym pomieszczeniu podobnie wyglądająca podłoga. Trzeba więc było rozpocząć szeroko zakrojone prace porządkowe w całym pałacu. Do tej wyczerpującej pracy zaangażowałam ekipę studentów, którzy przez wakacje, metr po metrze odkopywali sale pałacowe. Było to niezwykłe uczucie, kiedy z zapomnienia zaczęły wyłaniać się pałacowe sale i mniejsze lub większe fragmenty mocno zdekompletowanych, drewnianych parkietów. W pałacu nie znalazłam nawet jednej sztuki oryginalnego umeblowania, ale sądząc po brakach w parkiecie i śladach pozostałych po rąbaniu klepek siekierą - co potwierdził jeden ze świadków przejmowania pałacu po wojnie - musiały one służyć przez pewien czas jako opał.
Okna
Kiedy spojrzałam na fasadę pałacu, ‘pookienne’ dziury w murze popatrzyły na mnie tak jak czasem patrzą z twarzy nieszczęsne oczy. Tkwiły w nich kiedyś okna pałacowe, z których zobaczyć można było, w zależności od tego przy którym oknie się stało, różne widoki. Pobiegłam więc na pierwsze piętro, aby zobaczyć co mogli widzieć ludzie, dla których pałac był domem. Od strony zachodniej zapewne mogli zobaczyć dzikie kaczki pływające po stawie, fontannę marmurową z wysoko wyskakującą wodą, która w słońcu iskrzyła się i szemrała. Zaś z okien południowych najpiękniejszym widokiem, który można było zobaczyć był niewątpliwie widok ogromnego drzewa - buku płaczącego. Kiedy wiatr wpadał między jego zielone witki buk zaczynał się kolebać raz w jedną, raz w drugą stronę. Słychać było, że buk nie lubił tych podrygiwań z wiatrem, bo gdy jego giętkie witki plątały się na wietrze niektórzy słyszeli jak popłakiwał.
Teraz jednak nie było okien i radości płynącej z oglądania ptaków, drzew i wody. Staw dawno zarósł i zamienił się w popegerowski zbiornik przeciwpożarowy, kaczki przetrzebiono, fontannę ktoś dawno temu wymontował, a w buk płaczący bezlitośnie uderzył piorun i spalił wierzchołek drzewa, sprawiając, że drzewo to stało już w zasadzie półmartwe. Był to znak, że zbliża się początek końca tego miejsca. Powyłamywane skrzydła okienne, gdzieniegdzie zapomniana szyba w przegniłej ramie chybocąca się niepewnie i niebezpiecznie, przywodziły wprawdzie tęsknotę za dawną radością życia, ale teraz rozglądając się w około widać było wyłącznie degradację. W oknach, zamiast szyb, stały wypchane tym czego było za dużo jutowe worki, u framug wisiały sznurki, którymi niektórzy mieszkańcy związywali dawniej skrzydła okien a teraz zwisały niepotrzebne nikomu i wyfruwały na zewnątrz i spowrotem do środka, kiedy powiał wiatr. Może, ktoś rozmyślnie zostawił je, aby tak jak buddyjskie, wypłowiałe od słońca chorągiewki, słały otoczeniu pomyślność, chroniąc przed tym, co złe. Jednak, często jest tak, że żadna wartość serca nie obroni się przed siermiężna siłą i bezlitosnym czasem.
Piwnice
Piwnice pałacu w Wyszonowicach to była i jest przestrzeń ogromna, ciemna i tajemnicza. Gdy pierwszy raz do nich weszłam wypełnione były w dużej części przez zwały ziemi nagromadzonej przez dziesiątki lat przechowywania warzyw. Potrzeby mieszkańców zadecydowały o ich podziale na klatki, które wypełniano najczęściej opałem, przeterminowanymi nawozami i odpadami z codzienności. Piwnice były miejscem niewątpliwie ponurym. Komórki z drzwiczkami z pozbijanych desek, które wyrwano z górnych części pałacu i ‘zesłano’ jakby za karę do piwnic, zaopatrzone były w ciężkie, zardzewiałe łańcuchy i kłódki i przywodziły na myśl opuszczone, piwniczne lochy, więzienne cele, jakieś nieszczęsne miejsce przetrzymywania. Wejścia do drugiej, starszej jeszcze części piwnic pilnowały cyklopowe belki z granitu, mogące zaświadczać o średniowiecznych korzeniach pałacu. Ciemność zagęszczona powojenną samowolką wypełniała wszystkie zaułki piwnic i przytłaczała jak wizja tego, że nad piwnicami znajdowały się 3 kondygnacje zdewastowanego, wymagającego prac ratunkowych obiektu - parter, piętro i strych przykryty dziurawym, słomkowym kapeluszem dziurawego dachu.
Dach
W historii odbudowy pałacu w Wyszonowicach dach był najbardziej przerażającą rzeczywistością z jaką przyszło mi się zmierzyć już na samym początku odbudowy pałacu. Ogromny, w części zawalony i pochylony ku ziemi przytłaczał niemożliwym do odparcia nieszczęściem. Zawsze, kiedy zbliżałam się do Wyszonowic zaciskałam powieki bojąc się popatrzeć w stronę pałacu. Czy istnieje jeszcze stare biedaczysko? - pytałam siebie wstając z siedzenia, szukając między gałęziami drzew czerwieni dachówki. Kiedy wreszcie mignęła tak bardzo oczekiwana czerwień, wzruszona, pełna radości, jeszcze prawie w biegu zeskakiwałam ze schodów autobusu i biegłam do pałacu. Stawałam pod kasztanem i z głową zadartą do nieba dziękowałam za kolejny raz odwleczenia niechybnej katastrofy. Odwlekałam również moment wejścia na potężny, pałacowy strych, tłumacząc to przed sobą brakiem schodów. Któregoś razu zdobyłam się jednak na odwagę i z naprędce zakupioną drabiną i sercem w gardle weszłam na strych. Ostrożnie, aby nie stanąć na zbutwiałą deskę, czy belkę potykając się o wałęsające się tam cegły i gruz podeszłam do komina. Dopiero wtedy podniosłam głowę do góry i powoli rozglądając się w ciemności, bo wprawdzie dziury po wyrwanych oknach wpuściły po kilka promieni słońca ale nie zdołały one rozrzedzić panującego tam mroku. Długo stałam oniemiała w ciemnościach zanim zaczęły wyłaniać się pierwsze metry dachu a w ślad za nimi przestrzeń, która kończyła się gdzieś poza moim wzrokiem. Skuliłam się ze strachu, kiedy nagle doleciał mnie szelest skrzydeł ptasich. Kiedy znowu zapadła głucha cisza z głową schowaną w ramiona siedząc już bezpiecznie oparta o komin próbowałam opanować lęk. Wsłuchując się w ciszę powoli zaczęłam rozróżniać również dźwięki drewna. Przeciągłe, znajome skrzypnięcie podobne do dźwięku starej podłogi ośmieliło mnie na tyle, że znowu podniosłam głowę i odważnie popatrzyłam na wiszące nad moją głową bardzo wysoko drewniane niebo. Tysiące desek zamiast gwiazd na niebie musiał widzieć Noe patrząc na pokład arki - pomyślałam porównując, tym razem nie bez satysfakcji, potężny dach pałacu z biblijnym statkiem. Siedząc na strychu już dostatecznie długo nauczyłam się wyrywać z mroku różne kształty. To pewnie zastrzały, to muruaty, to słupy, belki rozglądając się naokoło lokalizowałam najpierw w myśli, później w materii pojęcia, które znałam wyłącznie z historii sztuki. Im dłużej przebywałam na strychu pałacu tym bardziej drewniany horyzont oddalał się odsłaniając coraz to nową przestrzeń. Mnożyły się też ilości desek, których najpewniej było tysiące, belek - smukłych i tych ciężkich, których już sam widok budził grozę lub co najmniej, respekt i onieśmielenie. Powoli docierało do mnie jak niezwykłym przykładem kunsztu sztuki ciesielskiej i równie ogromnym założeniem architektonicznym jest ten ‘mój’ pałacowy dach.
Zresztą nie stanowił on jedynie nałożonej na mury obiektu korony, ale w pełni zintegrowaną, niegdyś ‘żyjącą’ część pałacowego ‘organizmu’. I tak oto, przez dach przebijały się dwa roległe, niegdyś bardzo wysokie, bo sięgające aż po wierzchołki parkowych dębów kominy. Na początku XXI wieku kominy te rozsypywały się, a osuwające się po stromiźnie dachu cegły zamieniły się w gruz - jak niegdyś drewno w dym buchający z ich gardeł - tracąc bezpowrotnie swoją formę i zasadę. Wiatr, jak to wiatr, nie próżnował i wraz z upływem czasu wmiótł gruz do otworów pozostałych po kominach, do kanałów cieplnych i wentylacyjnych, a te stanowiły niegdyś niezwykle przemyślnie skonstruowany i skuteczny układ grzewczy dla całego obiektu. Na strychu zastałam w części rozebraną dawną, ceglaną konstrukcję nawiewową, która była w stanie dostarczyć ciepło do każdego pomieszczenia w pałacu. Kanały grzewcze w ścianach, którymi ciepło krążyło po pałacu teraz były wypełnione po brzegi sadzą, gruzem, który od nadmiaru we wszystkich salach pałacu wysypywał się na zewnątrz czerniąc sadzą walający się tam gruz. Ten system kanałowo wentylacyjny przypominał w pewnym sensie pałacowy krwioobieg i z chwilą zasypania go na ponad 60 lat budynek został wyziębiony a w ściany weszła wilgoć. W tej rozebranej części strychu nowi, powojenni mieszkańcy urządzili gołębnik wykorzystując do jego urządzenia wspomnianych dwoje drzwi pałacowych z piętra niżej. Przy okazji utrącony został jedyny w pałacu metalowy, napowietrzny kanał ciepła. Cieszy jednak, że owa rura znalazła uznanie choć u zamieszkujących tam gołębi.
O tym jak poważny problem stanowią ubytki w dachu przekonałam się 'zwiedzając' inny fragment strychu, znajdujący się dokładnie pod dziurą okna dachowego, z którego skradziono metalową ramę okienną. Brak tej kilkudziesięcio centymetrowej osłony sprawił, że swobodnie dostająca się do pałacu na przestrzeni lat woda dokonała potężnych zniszczeń nie tylko na samym strychu, gdzie dziura w podłodze mierzyła kilkanaście metrów długości, ale i w stropach na wszystkich kondygnacjach budynków. I tak, w deszczowe dni woda spadała ze szczytu dachu kilkudziesięcio metrowym, drewnianym wodospadem, po pionach stojących na sztorc belek i desek, rozchlapując się początkowo o coraz bardziej rozmokły parkiet, a później już gruzowisko.
Drag and Drop Website Builder